życiowy, refleksyjny, podróżniczy czasem. kultura, sport, polityka.
Blog > Komentarze do wpisu

Kapuściński a McKielbasa cz.2

ciąg dalszy (początek w poprzednim wpisie)

 

... W tym kontekście oczywiście pojawiają się pytania: czy Domosławski miał moralne prawo tę książkę w ogóle napisać? Czy jako biograf nie posunął się za daleko? Czy powinien grzebać się w życiu osobistym swojego bohatera? Czy to w porządku, że wykorzystał dobrą wolę wdowy, należące do niej archiwum i kontakty, by napisać książkę, która - jak musiał się tego domyślać - sprawi jej wielką przykrość? Z jaką intencją wreszcie pisał tę biografię? Czy nie jest tak, że uczeń po latach chce się w ten sposób za coś odegrać na mistrzu? Może zazdrościł mu sławy, może talentu? Może...

Ale o tym na razie nie potrafię spokojnie myśleć.

Myślę o Kapuścińskim - który znaczy dla mnie wiele, mimo że nie miałem okazji go nigdy spotkać. Wstydzę się, że mimowolnie porównuję go z reporterem New York Timesa, o którym mam jak najgorsze zdanie. I męczy mnie kwestia: o ileż łatwiej, zwłaszcza w reportażu z dalekiego, egzotycznego kraju - jakim dla Polaków jest na przykład Kongo, a dla Amerykanów na przykład Polska - wsłuchać się w głos ludu, a następnie, mając literacki talent, włożyć to wszystko w usta wymyślonego bohatera artykułu, czy też bohatera żyjącego, ale który „swoich” słów nigdy nie przeczyta, a nawet jeśli przeczyta, to nie będzie miał możliwości/ ochoty / czasu na interwencję. O ileż łatwiej też w takiej sytuacji o manipulację - bo przecież „chodzi o istotę rzeczy”. O naciąganie rzeczywistości do wyobrażenia, nawet wynikającego z uczciwych pobudek. Craig S. Smith święcie wierzy na przykład, że dla przeciętnego Polaka Ameryka jest krajem wymarzonym, lepszym niż jakikolwiek inny na świecie... Pełen obiektywizm jest utopią, to jasne. Reporter zawsze filtruje to, co widzi przez siebie.  Ale kiedy ma jeszcze narzędzie w postaci tak rozumianej literatury faktu, robi się niebezpiecznie. Albo inaczej: robi się literatura. I tak trzeba to nazywać.

Sam nigdy tyle odwagi, by zastosować się do zasady: „nie chodzi o to, by w szczegółach się zgadzało...” nie miałem.

I z tego jednego powodu książka Artura Domosławskiego była dla mnie szokiem. Nie z powodu przeszłości idola jako TW - o czym Domosławski pisze z empatią i zrozumieniem. I nie z powodu faktów z życia osobistego. Ta książka burzy mit (i bardzo dobrze, bo zamiast mitu mamy człowieka), ale otwiera też jak mawiał jeden z naszych polityków - „puszkę z pandorą”. Kapuściński z jej kart to człowiek, który nie protestuje, gdy na skrzydełku książki reklamuje się go jako znajomego Lumumby i Guevary, choć nigdy ich nie spotkał, który wymyśla ojcu nową, bardziej „patriotyczną” biografię i który dość niewinny według czeskiego rozmówcy Domosławskiego epizod na lotnisku w Kongu opisuje niczym egzekucję.

Poczułem się oszukany. Bo, nie ujmując Kapuścińskiemu zasług jako absolutnie wybitnemu pisarzowi - którego nadal będę czytał z wypiekami na twarzy, ogromną wartością i przewagą autora „Hebanu” nad literatami w sensie ścisłym było dla mnie zawsze to, że ON TO WSZYSTKO PRZEŻYŁ. I to jemu wierzyłem, a nie np. Frederickowi Forsythowi, który wprawdzie też pracował jako korespondent w Afryce, ale już swoje książki „po prostu zmyślił”. To jego a nie Forsytha, poważałem. Hasło „literatura faktu”, które przylgnęło do reportera, zawsze interpretowałem jedynie jako podniesienie dziennikarstwa do rangi sztuki, nie zaś jako fikcję jedynie opartą na faktach.

Dzięki Ryszardowi Kapuścińskiemu zostałem dziennikarzem. I również wtedy, gdy za sprawą niejakiego Craiga S. Smitha przekonałem się, że nawet tym, którzy kreują standardy zdarzają się od nich odstępstwa, naiwnie wierzyłem, że ktoś taki jak pan Ryszard nigdy by się na to nie zdobył. Teraz już nie jestem taki pewien.

Ktoś powie, że to banalizowanie jego twórczości, odzieranie Kapuścińskiego z tego, co najbardziej wartościowe, a więc roli jaką odegrał jako „tłumacz kultur” i „ambasador innego”. Może. Kiedy ochłonę po pierwszym szoku i zastanowię się nad tym na chłodno, być może będę w stanie napisać, że te kilka odstępstw (?) od dziennikarskich standardów nie znaczy nic w konfrontacji z ogromnym dorobkiem, jaki Ryszard Kapuściński nam zostawił. I że można mu to wybaczyć. Na razie nie umiem. No chyba że to Domosławski wszystko zmyślił, zmanipulował... O co go - niestety - nie podejrzewam.

 

poniżej link do tekstu:Poles Cherish U.S. as Friend, Fondly Recalling Its Support By CRAIG S. SMITH

Published: February 22, 2003

 

http://www.nytimes.com/2003/02/22/international/europe/22POLA.html?pagewanted=1

 

poniedziałek, 01 marca 2010, mzungu1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/02 13:10:36
No rzeczywiście. Pamiętam tamtą historię z reporterem NYT :-) Dobrze, że ją przypomniałeś, bo odsłania kulisy warsztatu i mechanizm, który mógł zadziałać również w przypadku Kapuścińskiego w latach '60. Choć z drugiej strony dziwię się panu Craigowi Smithowi, że zdecydował się na tak daleko idącą manipulację w dobie internetu. Przecież gdybyś się uparł, to mógłbyś mu narobić sporo kłopotów (gdybyś szepnął słówko Anne Applebaum - na ten przykład).
A ja po kilku dniach od przeczytania Domosa sięgnąłem po Heban i Imperium. Cholera. Te teksty się bronią. Nic nie straciły z dawnego uroku. A jeśli chodzi o fakty, to nie mogę sobie darować, że na Zanzibarze nie spytaliśmy jazzmana z Hotelu Pigalle, czy rzeczywiście u Heleny Trembeckiej rewolucjoniści pili piwo za darmo... Wtedy wydawało mi się to oczywiste - przecież pisał o tym Cesarz Reportażu. Dziś, na pewno bym zapytał. Z ciekawości.
-
2010/03/02 14:04:40
Ja jeszcze nie sięgnąłem po książki RK, ale z pewnością to zrobię i jestem szczerze przekonany, że się obronią. Bo to po prostu fantastyczna literatura. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości również teraz. Tekst o McKielbasie pisałem wczoraj pod wpływem emocji i trochę żałuję, że pewnych wątków nie rozwinąłem. Przede wszystkim tego, że po książce AD zacząłem o Kapuścińskim myśleć inaczej jako o człowieku. Człowieku z pokręconą biografią. Po raz kolejny okazało się, że człowiek i dzieło to nierzadko dwie różne historie (przykłady można mnożyć, że wspomnę tylko Dostojewskiego czy Polańskiego). To zresztą nie było zaskoczenie. Nie zaskoczyło mnie, że miał bujne życie osobiste, ani to, że flirtował z komuną. To było do przewidzenia. Ale już to, że podkręcał życiorys ojcu albo dla celów promocyjnych nie zaprzeczał przyjaźni z Che i Lumumbą... To już obciach. Takie rzeczy to może robić Krzysio Ibisz, ale nie Ryszard!!! Wybaczyłbym mu z pewności drobiazgi typu darmowe piwo u Trembeckiej (nawet jeśli to wbrew anglosaskim standardom), ale to już całkiem inny kaliber... Dziś na pewno bym zapytał... - no właśnie, w tym zdaniu jest cała prawda o tym, jak bardzo zmienia się nasz stosunek do mistrza. Nie powinno tak być. Nawet z ciekawości.
A nie zapytaliśmy, bo po prostu zapomnieliśmy. Przecież nawet jeśli w coś święcie wierzysz, to i tak pytasz. Choćby po to, by się w wierze utwierdzić. Ale to na dalekim marginesie.
Dzięki, Serge. Bardzo jestem ciekaw, jak się ta cała dyskusja rozwinie. Dziś czytałem w GW Stasiuka. I zawiodłem się. Momentami intrygujące, momentami bełkotliwe - dokładnie jak książki Stasiuka. Niewiele to wnosi. Dużo ciekawsze były poprzednie głosy, choćby wczorajszy - konsekwentny i bezpretensjonalny, Martina Pollaka. Nawet jeśli się z nim dalece nie zgadzam.
Co do książki AD, zgadzam się z kilkoma komentatorami, m.in. K.Janowską, że miejscami krzyczy o skróty. Trochę wygląda to tak, jakby pisał ją pod amerykańską publiczność, za dużo łopatologii.