życiowy, refleksyjny, podróżniczy czasem. kultura, sport, polityka.
RSS
poniedziałek, 18 lipca 2011

Wizyta w mieście bezprawia

Maciej Wesołowski 29-04-2011, ostatnia aktualizacja 29-04-2011 00:56

 

 

 

 

 

Usłyszałem strzał. Chwilę później zobaczyłem, że na jezdni leży zakrwawiony mężczyzna. Nad nim stał inny, przykładając mu pistolet do głowy, krzyczał i kopał go po całym ciele.

650405,673630,3.jpg.png

 

źródło: Archiwum

Plakat w Bogocie: „Pablo Escobar (...) ziścił największe marzenie swojego życia: zostać najpotężniejszym bandytą w historii”

650405,673631,3.jpg.png

 

źródło: Rzeczpospolita

 

650405,673632,3.jpg.png

 

źródło: AFP

Kiczowate figurki Escobara to popularne kolumbijskie pamiątki (fot. Raul ARBOLEDA)

+zobacz więcej

Obok leżał motocykl. Wokół stało mnóstwo samochodów i gapiów wychylających nieśmiało głowy zza szyb. I, co najdziwniejsze, przyglądający się temu patrol policji.

Szalejący sicarios

Było nieco po godz. 14. Biały dzień! Nasza grupa biorąca udział w „Pablo Escobar Tour" opuszczała właśnie cmentarz, na którym pochowano jednego z najsłynniejszych bandytów XX wieku – Pabla Escobara.

– To jest właśnie dziedzictwo Escobara – sicarios – wyjaśnił nam Nico, organizator wycieczki. – Tak nazywały się dwójki motocyklowe, które szkolił Escobar. Jeden motocyklista prowadził maszynę, a drugi, pasażer, załatwiał sprawy kartelu za pomocą karabinu maszynowego.

Sicarios, czyli siepacze, pod koniec lat 80. byli dobrze opłacanymi cynglami mafii. Teraz ich następcy w podobny sposób kradną drogie auta. Na skrzyżowaniach podjeżdżają do kierowcy i grożąc mu bronią, wyrzucają go z samochodu. Ci jednak mieli pecha. Nie przewidzieli, że ich ofiara też może mieć pistolet. Okazało się, że krwawiącym był jeden z napastników, a niedoszły poszkodowany sam wymierzał sprawiedliwość, z cichym przyzwoleniem policji.

– Dla wielu dzieciaków z biednych dzielnic Escobar nadal jest idolem, wzorem do naśladowania – wyjaśniał dalej Nico. – Jego dewiza: Chcę być bogaty, chcę mieć władzę, bez względu na koszty, wciąż jest nośna. Wielu młodych gangsterów, mimo rozbicia przez policję struktur dawnej mafii, nadal wierzy, że mogą pójść jego drogą, stać się panami miasta, kraju, świata może.

Jakoś trudno było mi to sobie wyobrazić, kiedy patrzyłem na nowoczesne miasto, pełne sympatycznych ludzi. Medellin (wymawiane tu: Medezijn), które za pięć lat obchodzić będzie 400-lecie, chwali się, że jest najczystszym miejscem w całej Ameryce Południowej. I chyba rzeczywiście tak jest, w centrum ulice wyglądają dużo lepiej niż w wielu nobliwych stolicach europejskich. Imponuje dzielnica finansowa, powstałe dwa lata po śmierci Escobara nowoczesne metro i trzy kolejki linowe łączące z centrum biedne dzielnice, rozłożone na medellińskich wzgórzach.

Forteca w zoo

Strzelanina to był mocny końcowy akcent naszej wyprawy po Medellin. Wcześniej, krok po kroku, dowiadywaliśmy się, jak miasto to stało się symbolem bezprawia.

Pierwszy przystanek: willa Monaco w bogatej dzielnicy Santa Maria de los Angeles. Masywny, dość wysoki, biały dom, otoczony ogrodem z palmami. Tak było zawsze, podobnie wygląda każda z jego rezydencji – Escobar kochał biały kolor i palmy, które specjalnie ściągał z Karaibów. Pierwsze wrażenie? Toż to prawdziwa forteca! Od kiedy u schyłku lat 70. XX w., jako 29-latek Pablo stanął na czele medellińskiej mafii, niemal bez przerwy ryzykował utratę życia. W 1988 roku pod Villę Monaco ktoś podłożył bombę. Budynek poważnie ucierpiał, ale zarówno boss, jak i jego rodzina: żona, matka i dwójka dzieci przeżyli. Boss był wściekły. Sicarios szybko zemścili się na domniemanych sprawcach zamachu. Niemal codziennie ginęli ludzie, wybuchały bomby. A gdy nieszczęśliwie w tych potyczkach trupem padł również ktoś z kartelu, wyprawiano mu osobliwy pogrzeb poprzedzony czymś w rodzaju stypy. Zanim ciało zdążyło zesztywnieć, koledzy zabitego ubierali go w najlepsze ciuchy i sporo męskiej biżuterii. A potem wszyscy razem, przeważnie w trójkę na jednym motorze, jechali do... klubu nocnego oferującego występy nagich tancerek. Tam trup mógł ostatni raz porządnie się zabawić. Koledzy wkładali mu do ręki szklankę whisky, do ust papierosa, na jego kolanach lądowała naga kobieta. Pablo Escobar był hojnym panem. Potrafił docenić lojalnych współpracowników. Nawet po śmierci.

Z czterech superluksusowych rezydencji króla narkobiznesu: Monaco, Dallas, Monterrey i Hacienda Napoles (czyli Neapol), do historii przeszła zwłaszcza ta ostatnia położona trzy godziny jazdy od Medellin, na drodze do Bogoty. Wszyscy, którzy mieli okazję być jej gośćmi, opowiadali o nieprawdopodobnym przepychu, jaki tam zobaczyli. Hacienda pomyślana była jako centrum monstrualnego zoo. Żeby sprawić frajdę sobie i dzieciom Escobar sprowadził tu prawie dwa tysiące zwierząt. Lwy, słonie, nosorożce i hipopotamy z Afryki, stuletnie żółwie z Galapagos, kangury z Australii, czerwone krowy z Irlandii, tygrysy, bizony, wielbłądy, antylopy. Do tego sztuczne dinozaury, większe od tych, które istniały naprawdę, postawione tu na prośbę córki, arena w rodzaju rzymskiego Koloseum, stadion do walk byków, sztuczne jezioro, sześć basenów i kilka dyskotek. To wszystko na tropikalnej sawannie, w środku niczego.

Tam stacjonował oddział prywatnej armii Escobara, lądowisko miały samoloty i helikoptery, którymi się chętnie przemieszczał, ale też transportował narkotyki z Kolumbii na wyspy karaibskie i dalej – do USA. Zdarzyło się, że luksusowa awionetka wypełniona VIP-ami i brazylijskimi tancerkami go-go na rozkaz Escobara dwie godziny kołowała nad sawanną i lotniskiem, gdy boss dowiedział się, że nieoczekiwanie odwiedziła go 11 lat młodsza żona Maria Victoria (którą poślubił jako piętnastolatkę). Podobno była jedyną osobą na świecie, której Escobar się bał. Co oczywiście nie zmienia faktu, że ją systematycznie zdradzał. Samolot wylądował dopiero, gdy Maria wyjechała do Medellin.

Anioł stróż biedoty

Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się w przydrożnej kapliczce, którą Escobar w tamtych czasach zwykł odwiedzać. Wokół podobizny Matki Boskiej – klęczące starsze kobiety, podziękowania i prośby o boskie wstawiennictwo. W latach 80. szef Kartelu w niezwykle uprzejmy sposób wyprosił stąd modlącą się ubogą kobietę. Podszedł do niej i poprosił, by dała mu szansę samotnego obcowania z Najświętszą Panienką, przy okazji wkładając jej w dłoń 300 tysięcy pesos (dziś około 170 dolarów, wówczas dużo więcej), a więc sumę, o jakiej mogła jedynie marzyć. A że stało się to w trakcie modlitwy o wspomożenie leczenia ciężko chorego syna, powstała legenda, w której Escobar stał się niemal boskim posłańcem, aniołem stróżem medellińskiej biedoty.

Przez całe życie jeden z najbardziej krwawych zbrodniarzy w historii podkreślał swoje przywiązanie do wiary katolickiej i dekalogu. Nigdy nie widział w tym żadnej sprzeczności. Równie paradoksalne wydaje się, że człowiek, który miał na sumieniu życie tysięcy ludzi, był troskliwym ojcem i kochającym synem. Matka Pabla do końca życia uważała, że był uczciwym biznesmenem, któremu cały świat zazdrości powodzenia, stąd wynikają wszystkie jego kłopoty. Miał też jeszcze jedną zasadę – nigdy nie korzystał z produktów kartelu. Zawsze twierdził, że kokaina jest dla frajerów, a on jedynie na tym zarabia.

Tego dnia, gdy boss wyprosił z kaplicy bogobojną staruszkę, długo i żarliwie modlił się o szczęśliwy transport narkotyków do Miami.

OVNI to po hiszpańsku UFO. Taki przydomek dostał biurowiec w dzielnicy El Poblado, tuż obok pełnego drogich klubów i restauracji Parque Lleras. Kiedy powstawał ponad 30 lat temu, był w Medellin symbolem nowoczesności. Teraz wygląda na ruinę. W latach 1989 – 1992 był siedzibą kartelu z Medellin.

Prywatne więzienie

W tym czasie Escobar był u szczytu kariery. Kontrolował 80 proc. światowego rynku kokainy, roczny zysk kartelu szacowano na 28 miliardów dolarów! W 1989 roku magazyn „Forbes" ulokował Escobara na siódmym miejscu wśród najbogatszych ludzi świata. W tym samym roku mafioso publicznie ogłosił, że za każdego martwego policjanta zapłaci zabójcy od miliona do pięciu milionów pesos. Po miesiącu od tej deklaracji na ulicach Medellin zginęło 115 stróżów prawa. W sumie doliczono się ich aż 800. W ciągu kilku lat zginęło też 57 prokuratorów i sędziów. Nie było polityka lub prokuratora, którego kartel nie potrafił zastraszyć, przekupić lub zamordować. Najtwardsi z nich w najlepszym wypadku emigrowali z Kolumbii.

W tym czasie w Stanach Zjednoczonych pisano o Medellin „miasto strachu i zbrodni". Jednocześnie Escobar budował w dzielnicach nędzy stadiony, zakładał kluby sportowe, rozdawał ludziom z lojalnych barrio (osiedle, dzielnica) pieniądze.

Na ścianie OVNI dość przerażające graffiti – potężna gąsienica z otwartą paszczą, z której wyzierają ogromne zęby. I napis: „Pablo Vive! „, Pablo żyje. Z pewnością wciąż żyje jego legenda.

Pierwsze znaki końca imperium pojawiły się już w czasie jego największej świetności. Najpierw w 1990 roku kolejny raz wybuchła bomba – w Villi Dallas. O zamach podejrzewano konkurencyjny kartel z Cali, który z roku na rok stawał się coraz potężniejszy. Niedługo później wielką ofensywę antynarkotykową zapowiedział też rząd USA. Za głowę przestępcy wyznaczono nagrodę 2,7 miliarda pesos, czyli sumę, za którą można było kupić 100 luksusowych apartamentów.

Escobar zdał sobie sprawę, że powoli kończy się czas jego bezkarności. Rozpoczął negocjacje z rządem kolumbijskim, zakończone kuriozalnym kompromisem. Szef kartelu zgodził się stawić przed sądem i odbyć karę więzienia. Pod warunkiem, że... więzienie zafunduje sobie sam. I tak się stało. W roku 1991 Escobar dał się zamknąć w luksusowym ośrodku o nazwie La Catedral. W teorii kontrolę nad nim sprawowały władze Kolumbii, w praktyce – rządził tam Escobar. Stąd bez problemów dowodził ogromnym imperium, w La Catedral zdarzały się nawet morderstwa na jego zlecenie. Kiedy pojawiły się głosy o konieczności przeniesienia króla narkobiznesu do innego więzienia, a także możliwej ekstradycji do USA, szybko się ulotnił.

Śmierć a la Botero

Cmentarz Monte Sacro. Daleko od wejścia, tuż przed skarpą, w naturalny sposób wyznaczającą skraj nekropolii, leży skromna granitowa płyta nagrobna. „Pablo Emilio Escobar Gaviria. Dic. 1. 1949 – Dic. 2. 1993" . Poniżej niewielki szkic głowy „Don Pablo". Tyle. Zgodnie z tutejszą tradycją, żadnego krzyża. Jeśli się dobrze wychylić, z tego miejsca byłoby widać jezdnię, na której sicarios próbowali dziś okraść jednego z bogatych medellińczyków.

Ostatnie półtora roku przed śmiercią, a po ucieczce z więzienia, Don Pablo ukrywał się. Jedziemy do miejsca, w którym zginął 2 grudnia 1993 roku. Wpadł po wielu miesiącach poszukiwań. Zlokalizowano go dzięki dostarczonym przez Amerykanów urządzeniom do namierzania radiowego. Rozmawiał przez telefon z synem Juanem.

Posesja na uboczu, parterowy, niewykończony dom, wszędzie czerwone cegły. Tu, na dachu, w trakcie ucieczki, dosięgły go kule policjantów (według innej wersji popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę). Chwilę później rozradowani członkowie kolumbijskich sił specjalnych robili sobie zdjęcia z otłuszczonym ciałem legendarnego superbandyty. Jak myśliwi przy upolowanym bawole lub niedźwiedziu.

Moment zabójstwa znakomicie ujął inny słynny medellińczyk, malarz i rzeźbiarz Fernando Botero. Rozrośnięty, otyły Escobar w rozpiętej na piersiach białej koszuli, z pistoletem w dłoni przymyka oczy, chwieje się, stojąc na nieproporcjonalnie małych, czerwonych dachówkach. Przez jego ciało przelatują dziesiątki kul. Na innym portrecie Escobar, już w swetrze, leży martwy. Pod nim dachy wielkiego miasta i dwoje ludzi: policjant z groźną miną wskazuje na niego dłonią, w geście „tak kończą nawet najpotężniejsi" i stary Indianin, być może z medellińskich wzgórz, modlący się o jego duszę.

Rzeczpospolita

 

 

 

piątek, 05 marca 2010

 

Dałem się kupić w całości i od pierwszej minuty. To, co zrobił Tim Burton z „Alicją” jest absolutnie fantastyczne! Poezja w stanie czystym. Założyłem niewygodne trójwymiarowe okulary, a po chwilłi już o tej niewygodzie nie pamiętałem. Burton jest jak sama Alicja i jej ojciec - wyobraźnię ma nieograniczoną. Na ekranie w dowolnym momencie może pojawić się dowolna, najbardziej fantazyjna nawet postać. Monstrualne grzyby i kwiaty wyrastają z zakamarków kinowej kurtyny, zwierzęta i ludzie dzięki 3D niemal wchodzą widzowi na głowę. Niesamowita, poetycka i matriksowo-nowoczesna zarazem jest scena „lotu” Alicji do Krainy Czarów. Burton czaruje.

Chłonąłem to przez blisko dwie godziny, bez pytań, wątpliwości, sprzeciwów. Zachwycałem się detalami, niuansami. Tym, jak to wszystko znakomicie komponowało się z najważniejszym chyba przesłaniem Lewisa Carrolla (i chyba Burtona również): „Myśl samodzielnie. Nie daj sobie nic wmówić. Nawet jeśli wszyscy wokół będą chcieli przekonać cię, że jesteś szaleńcem...”. Burton jest najbardziej intrygującym szaleńcem współczesnego kina. To, co robi nie mieści się w żadnych kanonach, w żadnych szufladach. Robi tylko to, na co ma ochotę. Bez ograniczeń, bez sztampy. I nigdy nie dał sobie nic wmówić. Nawet jeśli nie zawsze jest rozumiany.

... a potem musiałem przyjąć potrójną dawkę posoki żaberzwłoka, żeby wrócić do rzeczywistości. By dać się komukolwiek wyciągnąć z kinowego fotela. Kino wymyślono na potrzeby Tima Burtona.


czwartek, 04 marca 2010

Fot. Kapuściński wśród rebeliantów w Angoli. 1975.

Powoli, bardzo powoli dojrzewam do chłodnej oceny tego, co przeczytałem w książce Domosławskiego o Kapuścińskim. Tymczasem rozmyślam o tym, co pisze Neal Ascherson, szkocki publicysta „Guardiana”, gdzie przedwczoraj pojawiła się informacja o kontrowersjach wokół „Kapuściński. Non-fiction”.

Na swoim blogu Ascherson broni naszego Mistrza przed oskarżeniami o „kłamstwo” i przesadne koloryzowanie. - On był wspaniałym opowiadaczem historii, a nie kłamcą - twierdzi. Przy tym wszystkim jednak dodaje:

- Kapuściński zwykł mawiać, że uprawia „reportaż literacki”. Co oznacza, że powinno się wierzyć temu, co pisze, acz nie w każdym szczególe. Moim zdaniem każdy popularny dziennikarz, który to robi, ma obowiązek wyjaśnienia czytelnikowi, ostrzeżenia go, że tego rodzaju narracja to nie jest typowa notka informacyjna, ale opowieść przefiltorwana przez kogoś, subiektywna prawda, „oświecona przez wyobraźnię”. Kapuściński takiego rozróżnienia (w swoich książkach) nie poczynił, i wielka szkoda, że tak się nie stało.

To jeden z najrozsądniejszych głosów, jakie dotąd czytałem na temat tego, co w książce Domosławskiego dla mnie najbardziej intrygujące (bulwersujące? - na pewno dużo już mniej, niż kilka dni temu), a więc granic dziennikarskiej konfabulacji. Codzienna dyskusja w „Gazecie Wyborczej” - na razie pod tym względem mocno rozczarowująca.

Poniżej: cały wpis Aschersona:

Kapuściński kept two notebooks when he was on the road. One was for his job as an agency reporter, haring about the world, meeting deadlines and battling to file stories whose transmission was paid for out of the pittance of worthless communist currency he received from Warsaw. The other was for his calling as a writer, making reflective, creative, often lyrical sense out of what he was experiencing.

To mix the two notebooks up is to miss the point of him. Artur Domoslawski's book, from what is reported about it, suggests that Kapuściński was a dishonest reporter who made up stories about events he hadn't seen, and invented quotes. This is to confuse his journalism with his books. Almost all journalists, except for a handful of saints, do on occasion sharpen up quotes or slightly shift around times and places to heighten effect. Perhaps they should not, but they – we – do. A few of us go beyond the unwritten rules of what is tolerable, and send our papers eyewitness accounts of events we never saw because we were somewhere else. That, in the profession's general view, is right off the reservation – not on.

But this is not the problem with Kapuściński's journalism. None of the doubts, as far as I can see, are about the despatches and features he sent to newspapers, or to the Polish Press Agency. They are about his books. The adventures and encounters he describes in his books are on a different level of veracity. Like his friend Gabriel García Márquez, Kapuściński used to talk about "literary reportage". You're meant to believe what you are being told, but not in every literal detail. I think that any well-known journalist who does that has a duty to make the distinction clear to the reader,  warning her or him that this narrative is not news reporting but one man's perception of a truth illuminated by imagination. Kapuściński did not make that distinction clear, and I wish that he had.

A good example comes in his best-known book, The Emperor. Kapuściński is visiting Addis Ababa after the deposition and death of Haile Selassie, and interviewing old, frightened men who were his courtiers. In the book, they speak to Kapuściński in exquisite, almost Biblical cadences, rich in ironic detail and displaying an unexpected familiarity with western modes of philosophy and theology. It's all slightly too good to be true. Did he embroider these speeches, or could they be entirely fictional? I think that what he did was to select from his notes, perhaps change the order in which things were said, drop passages which did not interest him and then burnish up the best bits for literary effect. What emerges in the book, and from these speeches, is the most touching and revealing account of a court – that almost extinct institution which once governed most of humanity – I've ever read: entirely convincing, even if the reader can't be sure that those were precisely the words the courtiers used.

In the end, there is no floodlit wire frontier between literature and reporting. All we can insist on is that a literary text is not presented as a verbatim transcript. Kapuściński constantly wandered back and forth across that frontier, but always knew which side he was on at a given moment. Scrupulous in his journalism, in his books he was capable of inventing in order to make a truth even truer. He was a great story-teller, but not a liar.

 

http://www.guardian.co.uk/books/booksblog/2010/mar/03/ryszard-kapuscinski-story-liar#start-of-comments

poniedziałek, 01 marca 2010

ciąg dalszy (początek w poprzednim wpisie)

 

... W tym kontekście oczywiście pojawiają się pytania: czy Domosławski miał moralne prawo tę książkę w ogóle napisać? Czy jako biograf nie posunął się za daleko? Czy powinien grzebać się w życiu osobistym swojego bohatera? Czy to w porządku, że wykorzystał dobrą wolę wdowy, należące do niej archiwum i kontakty, by napisać książkę, która - jak musiał się tego domyślać - sprawi jej wielką przykrość? Z jaką intencją wreszcie pisał tę biografię? Czy nie jest tak, że uczeń po latach chce się w ten sposób za coś odegrać na mistrzu? Może zazdrościł mu sławy, może talentu? Może...

Ale o tym na razie nie potrafię spokojnie myśleć.

Myślę o Kapuścińskim - który znaczy dla mnie wiele, mimo że nie miałem okazji go nigdy spotkać. Wstydzę się, że mimowolnie porównuję go z reporterem New York Timesa, o którym mam jak najgorsze zdanie. I męczy mnie kwestia: o ileż łatwiej, zwłaszcza w reportażu z dalekiego, egzotycznego kraju - jakim dla Polaków jest na przykład Kongo, a dla Amerykanów na przykład Polska - wsłuchać się w głos ludu, a następnie, mając literacki talent, włożyć to wszystko w usta wymyślonego bohatera artykułu, czy też bohatera żyjącego, ale który „swoich” słów nigdy nie przeczyta, a nawet jeśli przeczyta, to nie będzie miał możliwości/ ochoty / czasu na interwencję. O ileż łatwiej też w takiej sytuacji o manipulację - bo przecież „chodzi o istotę rzeczy”. O naciąganie rzeczywistości do wyobrażenia, nawet wynikającego z uczciwych pobudek. Craig S. Smith święcie wierzy na przykład, że dla przeciętnego Polaka Ameryka jest krajem wymarzonym, lepszym niż jakikolwiek inny na świecie... Pełen obiektywizm jest utopią, to jasne. Reporter zawsze filtruje to, co widzi przez siebie.  Ale kiedy ma jeszcze narzędzie w postaci tak rozumianej literatury faktu, robi się niebezpiecznie. Albo inaczej: robi się literatura. I tak trzeba to nazywać.

Sam nigdy tyle odwagi, by zastosować się do zasady: „nie chodzi o to, by w szczegółach się zgadzało...” nie miałem.

I z tego jednego powodu książka Artura Domosławskiego była dla mnie szokiem. Nie z powodu przeszłości idola jako TW - o czym Domosławski pisze z empatią i zrozumieniem. I nie z powodu faktów z życia osobistego. Ta książka burzy mit (i bardzo dobrze, bo zamiast mitu mamy człowieka), ale otwiera też jak mawiał jeden z naszych polityków - „puszkę z pandorą”. Kapuściński z jej kart to człowiek, który nie protestuje, gdy na skrzydełku książki reklamuje się go jako znajomego Lumumby i Guevary, choć nigdy ich nie spotkał, który wymyśla ojcu nową, bardziej „patriotyczną” biografię i który dość niewinny według czeskiego rozmówcy Domosławskiego epizod na lotnisku w Kongu opisuje niczym egzekucję.

Poczułem się oszukany. Bo, nie ujmując Kapuścińskiemu zasług jako absolutnie wybitnemu pisarzowi - którego nadal będę czytał z wypiekami na twarzy, ogromną wartością i przewagą autora „Hebanu” nad literatami w sensie ścisłym było dla mnie zawsze to, że ON TO WSZYSTKO PRZEŻYŁ. I to jemu wierzyłem, a nie np. Frederickowi Forsythowi, który wprawdzie też pracował jako korespondent w Afryce, ale już swoje książki „po prostu zmyślił”. To jego a nie Forsytha, poważałem. Hasło „literatura faktu”, które przylgnęło do reportera, zawsze interpretowałem jedynie jako podniesienie dziennikarstwa do rangi sztuki, nie zaś jako fikcję jedynie opartą na faktach.

Dzięki Ryszardowi Kapuścińskiemu zostałem dziennikarzem. I również wtedy, gdy za sprawą niejakiego Craiga S. Smitha przekonałem się, że nawet tym, którzy kreują standardy zdarzają się od nich odstępstwa, naiwnie wierzyłem, że ktoś taki jak pan Ryszard nigdy by się na to nie zdobył. Teraz już nie jestem taki pewien.

Ktoś powie, że to banalizowanie jego twórczości, odzieranie Kapuścińskiego z tego, co najbardziej wartościowe, a więc roli jaką odegrał jako „tłumacz kultur” i „ambasador innego”. Może. Kiedy ochłonę po pierwszym szoku i zastanowię się nad tym na chłodno, być może będę w stanie napisać, że te kilka odstępstw (?) od dziennikarskich standardów nie znaczy nic w konfrontacji z ogromnym dorobkiem, jaki Ryszard Kapuściński nam zostawił. I że można mu to wybaczyć. Na razie nie umiem. No chyba że to Domosławski wszystko zmyślił, zmanipulował... O co go - niestety - nie podejrzewam.

 

poniżej link do tekstu:Poles Cherish U.S. as Friend, Fondly Recalling Its Support By CRAIG S. SMITH

Published: February 22, 2003

 

http://www.nytimes.com/2003/02/22/international/europe/22POLA.html?pagewanted=1

 

 

WARSAW, Feb. 21 — Waiting for a McKielbasa sandwich at a downtown outlet of the world's most ubiquitous American fast food chain, a 29-year-old economist did not hesitate when asked where he would stand if asked to choose between the United States and Europe.

"America is a better partner for us and I trust America more than France or any other country," said the economist, Maciek Wesolowski, joking that he was buying the McDonald's sandwich — a Polish sausage on a hamburger bun — in honor of Polish-American friendship (...)

Certainly, this week's admonition by President Jacques Chirac of France to the Central and Eastern European candidate nations — who support the American position on war with Iraq — to keep silent rather than undermine European unity won France no friends in Poland. "He is trying to treat the E.U. candidates as a French colony or a French suburb," said Mr. Wesolowski over his McDonald's sandwich. (...)

By CRAIG S. SMITH

Published: February 22, 2003

 

Tak zaczyna się artykuł autorstwa Craiga S. Smitha, który niemal dokładnie siedem lat temu ukazał się w najbardziej opiniotwórczej gazecie świata, The New York Times. Przypomniałem sobie o nim niedawno, przy okazjiaferywokół książki Artura DomosławskiegoKapuściński. Non fiction”. A przytaczam go ponieważ jestem jednym z jego bohaterów.

Książka Domosławskiego wywołała w Polsce - bardzo potrzebną - dyskusję o granicach reporterskiej konfabulacji. Kapuściński - w polskim dziennikarstwie największy z największych, mistrz, nauczyciel, autorytet, a dla mnie osobiście - idol, uważał, jak się teraz okazało, że dokoloryzowania" ma święte prawo, bo, jak twierdził, „nie pisał po to, żeby w szczegółach się zgadzało, chodziło o istotę rzeczy”. Domosławski swoją jego biografią stawia pytanie „czy aby na pewno?”. I ja postawiłem sobie to pytanie, kiedy przypomniałem sobie swoją „przygodę” z New York Timesem, a więc tym tytułem, który na całym świecie jest symbolem dziennikarskiej rzetelności. Okrętem flagowym amerykańskiego dziennikarstwa i dziennikarzy, którzy wcale nie tak rzadko krytykowali Kapuścińskiego za ignorancję, niedokładności, konfabulację.

Siedem lat temu poproszono mnie o komentarz do głośnej wypowiedzi ówczesnego prezydenta Francji Jaquesa Chiraka, który w reakcji na polską decyzję o wysłaniu wojsk do Iraku, stwierdził, że „Polacy stracili szansę, by siedzieć cicho”. Amerykański reporter NYT przyjechał do Warszawy i chciał „zbadać nastroje społeczne” po tych słowach. Ja miałem jednym z tych przeciętnych, choć wykształconych Polaków, którzy są tym zbulwersowani. Zgodziłem się, bo rzeczywiście byłem zbulwersowany. Już w kawiarni okazało się, że Mr. Smith sam nie mógł przybyć, a moją wypowiedź zanotuje reasercherka. Rozmawialiśmy przez blisko godzinę. Jak wielu młodych Polaków, nie kryłem oburzenia wypowiedzią Chiraka, ale mówiłem też o niechęci wobec imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych i własnych wątpliwościach co do naszego udziału w irackiej wojnie. Co z tego zostało w tekście? Streszczę i przetłumaczę to, co powyżej: 1. Że Ameryka to dla nas lepszy partner. Ufam Ameryce bardziej niż Francji czy jakiemukolwiek innemu krajowi. 2. Że Francja traktuje kandydatów na członków Unii Europejskiej jak swoją kolonię, tudzież przedmieście. To, że Craig S. Smith z mojej długiej i, mam nadzieję, zniuansowanej wypowiedzi, sklecił dwa tego rodzaju wnioski było dla mnie zaskakujące. Bo wcale nie „ufam Ameryce bardziej niż jakiemukolwiek innemu krajowi”. Jednak tym, co mnie na równi rozśmieszyło i zniesmaczyło było to, że w tekście, bez porozumienia ze mną zmnieniono mi zawód: z dziennikarza na ekonomistę, a także miejsce „naszego” (bo przecież pana Smitha do dziś nie widziałem) spotkania: z jednej z gustownych knajpek na warszawskim placu Trzech Krzyży na zgrzebną fastfoodownię. Wszyscy moi przyjaciele dobrze wiedzą, że od lat „nie jadam w McDonaldzie”. Średnio rozbawił mnie przaśny żart, jakoby mojego autorstwa, o McKielbasie - symbolu przyjaźni polsko - amerykańskiej.

Wtedy, 22 lutego 2003 roku, i teraz, w trakcie czytania książki Artura Domosławskiego przypomniałem sobie, jak w latach 90. na jednym z wykładów studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim jeden z profesorów (nie jestem pewien, być może był to Wiesław Władyka?) opisywał nam przypadek dziennikarza NYT, którego wyrzucono z pracy, po tym, jak w jednym ze swoich reportaży z Afryki pomylił się w opisie pogody. - Tego dnia cały dzień lało, a w artykule jest piękne słońce - napisał do redakcji czytelnik. Miał rację. - Jak wierzyć dziennikarzowi, który zmyślił tak łatwy do sprawdzenia fakt? - uznał najwyraźniej naczelny gazety. Zgodziliśmy się z naszym wykładowcą, że tak właśnie tworzy się najwyższe na świecie dziennikarskie standardy. Dla 19-latka marzącego o pracy w mediach to był drogowskaz. Mocny, trwały, nienaruszalny. Nigdy, do dziś, nie wątpiłem, że był to również drogowskaz dla Ryszarda Kapuścińskiego, którego czytywałem namiętnie i wnikliwie, szukając wskazówek, podpowiedzi. Zasad. Nie tylko tych zawodowych.

A potem, już jako reporter, przekonałem się, jak trudne jest szukanie i weryfikowanie informacji. Wiele razy wściekałem się, gdy reportaż lub wywiad, z którego byłem dumny, był blokowany przez bohatera, który nie chciał autoryzować swoich wypowiedzi. Ale nadal - nawet po nieszczęsnej historii z NYT - wierzyłem, że tak trzeba. Że nawet najlepsza dziennikarska historia zawsze jest też historią kogoś z krwi i kości. Kogoś, kto może się poczuć zraniony lub też sam może zranić. Tym różni się dziennikarstwo od literatury. Literat jedynie inspiruje się życiem i ludźmi. Dziennikarz streszcza ich prawdziwe życie. Tak rozumiałem dziennikarstwo, reportaż. Nawet ten literacki.

... cd. w nast. wpisie


 

niedziela, 17 stycznia 2010

Astrolog tego nie dostrzegł, ale najwidoczniej mam w sobie pewną zdolność mimikry, bo na poranne pytania Ady bezwiednie odpowiadam kiwając głową na boki, dokładnie tak jak Hindusi. Mnie to bawi, Adę - drażni. Staram się więc powstrzymywać.

O 10. Sam czeka już na nas przed naszym skromnym Blue King Guest House. Jedziemy 11 km za miasto, do rozciągajacego się na okolicznych wzgórzach fortu Amber. Po drodze zatrzymujemy się na szybką sesję zdjeciową przed Hawa Mahal (1799), czyli Pałacem Wiatrów o niezwykłej, różowej fasadzie. Głównie za jego sprawą Jaipur nazywany jest w Indiach Pink City.

A potem forty. Z daleka cykl XVII- wiecznych fortyfikacji wygląda trochę jak chiński mur w miniaturze. Za pięćset rupii z hakiem, na spore wzniesienie można wjechać na słoniu. Decydujemy się jednak użyć nóg. W ramach dnia turysty zaraz potem zwiedzamy Gatore - które jest chyba grobowcem maharadżow, choć nie jestem pewien, bo żadnych grobowych symboli, ani napisow po angielsku tu nie ma. Nasz driver - przewodnik Sam też nie jest nam w stanie tego wyjaśnic, ponieważ musiał nas tu zostawić samych. Miał ważne sprawy na mieście (czytaj: jakichś kolejnych bogatych Holendrów). Wiemy już, że:

1. w Niderlandach riksza Sama jest bardzo znana, pisano o niej w gazetach i przewodnikach turystycznych,

2. zadowoleni klienci zaprosili niegdyś Sama do Amsterdamu, Rotterdamu i wszystkich innych miast w Holandii, a przy okazji do Paryża również, tam zrobił on sobie mnóstwo zdjęć,

3. Co ciekawe, o wykładach w Rotterdamie i Utrechcie wspominał wczoraj także nasz mistrz duchowy ze sklepu jubilerskiego.

Zmiennik raczej kiepsko porozumiewa się w języku byłych kolonizatorów, wieęc też nam nie pomoże. Trudno. W każdym razie Gatore nam się podoba. Grzeje słońce, robi się dużo cieplej. Opalamy się więc leżąc na marmurowych - mam nadzieję, że nie - nagrobkach i podziwiamy piękno płaskorzeźb i krużganków.

A potem szybko przemieszczamy się na drugi koniec miasta, do tzw. Monkey Palace, ze świątynią Laxmi - bogini pieniędzy i prosperity na szczycie. Nazwę miejsce zawdziecza temu, że całą drogę na szczyt okupują wszędobylskie szare małpy. Przemieszczają się całymi rodzinami i przy bliższym kontakcie potrafią być agresywne. Kiedy wyciągam do jednej z nich rękę, ta w odpowiedzi szczerzy potężne zęby.

Wcześniej, jeszcze na dole zaczepia nas kilkuletni chłopak. Mówi płynną angielszczyzną, oferuje swoje usługi jako przewodnik po Monkey Palace. Zna to miejsce od podszewki. Tu sie urodził, tu spedził całe życie. Dziękujemy i staramy sieę go spławić. Ten, absolutnie niezrażony, snuje historie miejsca, z szerokim uśmiechem opowiada o sobie, swojej rodzinie, szkole, o małpach wreszcie, inkrustując wszystko dziesiątkami liczb i szczegółów. Poddajemy się. Zaczynamy rozmawiać. Chłopak ma 13 lat - spore zaskoczenie, bo wygląda najwyżej na dziewięć - i  nazywa się Suraj Rocky. Zapewnia, że nie jest to żaden pseudonim ani przydomek - w szkole uprawiają karate, nie boks! - jak podkreśla, jednocześnie wymachujac rękami. Rocky to nazwisko jego ojca, dziada i pradziada. Suraj ma siedmiu braci i trzy siostry, z czego dwie starsze. Jeden z braci jest niepełnosprawny. Wszyscy mieszkają w okolicznych slumsach. Ojciec, żeby wyżywić rodzinę od czasu do czasu pracuje jako rolnik na podjaipurskiej wsi. Sam Suraj jednak nie chce isc jego śladem. Kiedy torchę podrośnie, chce zostac lekarzem, bo w Jaipurze jest mnostwo ludzi, którzy potrzebują jego pomocy. Spójrz wokół - mówi, gdy w drodze na wzgórze mijamy rodzinę bezdomnych, koczujacych wprost na rudej ziemi w towarzystwie kilku przetartych kocy i plastikowych butelek. Profesjonalnym przewodnikiem turystycznym Suraj nie zostanie, bo to dość niepoważne, tymczasowe zajęcie. Ale lubi to, co robi. Lubi ludzi, których tu spotyka. Może dowiedzieć się czegoś o świecie. O Polsce słyszał, ale nie za wiele. Może kiedy już zostanie lekarzem, pojedzie tam, zobaczy, jak ludzie tam żyją. Może uda mu sie wyleczyć jakiegoś Polaka z ciężkiej choroby? Skąd tak dobrze zna angielski? Jest bardzo dobrym uczniem, a w ich szkole pracują dobrzy, zaangażowani naucziele. Ten od angielskiego jest baaardzo, ale baaaaardzo stary. Może mieć 41, a nawet 42 lata!!!

Dochodzimy do świątyni. Opiekunka posągu Laxmi stawia nam pomarańczowe kropki na czołach, a na przegubach wiąże czerwono - żółte sznureczki, w ramach błogoslawieństwa. Kręci nosem, gdy do miski wrzucamy jedynie 10 rupii. W końcu Laxmi to bogini pieniędzy - przypomina. Nie dajemy się przekonać. Pozostałe drobne - 100 rupii chcemy dać Surajowi. Wręczam mu je w drodze powrotnej, kiedy wokół robi się mniej tłoczno. Po oczach widać, że ucieszyła go ta suma. Przez następne kilka minut zajęty jest zwijaniem banknotu w jak najcieńszy rulon. W końcu ten papierowy sznureczek wciska gdzieś głęboko w gumkę od majtek i prosi, byśmy na dole, przed jego kolegami, odegrali wspólnie pewien spektakl. Kiedy on natarczywie kilka razy zapyta o kasę, my kilkukrotnie mamy się go wyprzeć, brutalnie tłumacząc, że nie prosiliśmy się o jego usługi. - A potem po prostu uciekniecie do rikszy - tłumaczy.

Prawdopodobnie nie jesteśmy najlepszymi aktorami, bo na dole ziomale Suraja, mimo naszych bezczelnych uwag, rzucają się na niego, krzycząc i wymachując pięściami. Próbujemy ich powstrzymać, choć pewnie nie na wiele się to zda. Dopadną go później.

23:50, mzungu1
Link Dodaj komentarz »

 

Zanim dotarlem do kafejki internetowej, gdzie jestem, prze ponad pol godziny gapilem sie zza szyby na golibrode. Tak wlasnie wyobrazalem sobie zawsze goilibrode. Nie fryzjera, hairdressera, czyu nie daj Boze styliste fryzur. U nas to zawod kompletnie wymarly. Tu, w Colvie - na Goa - wciaz zywy, do dwoch golibrodow stala spora kolejka.

Na razie nie dalem sie ogolic, mimo ze broda juz ponaddwotygodniowa. Ale patrzylem jak urzeczony. Na te wszystkie mydlenia, golenia, strzyzenia - w tym wlosow z nosa i uszu - a na koniec masazglowyktory postronnym moze wydawac sie kompletnym barbarzynstwem. Pan golibroda uderza bowiem klienta z byka w potylice i w skronie. Wykrzywia mu glowe na boki, a potem rozdaje razy, raz z lewej, raz z prawej. z piachy, z kciuka, z kostek dloni. Widowisko!!!

 

16:04, mzungu1
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 stycznia 2010

 

Hapi nju jer!!! wsiegda! Sztoby dwa zero jeden zero był lepszy - dużo lepszy - niż dwa zero jeden dziewięć, na pohybel chińskim wróżbom i takim tam. Szczerze wierzę, że będzie. Zresztą, gorzej być nie może :)

Sobie życzę, by nowa droga do Indii okazała się tą właściwą, bo do Ameryki po raz jedenasty bodaj mnie już nie ciągnie. A do Indii jak najbardziej. Mam więc nadzieję, że mimo kłopotów wizowych India nation przyjmie mnie chlebem i solą, do piersi przygarnie, zrozumie i pocieszy. A jak wrócę, będę już inny całkiem. Może nawet hindusem będę, ze szczerą wiarą w wędrówkę dusz i brakiem lęku przed pożegnaniem ze światem - tym, który mamy na wyciągnięcie ręki.

Wbrew przepowiedniom, mam silne przekonanie, że będzie lepiej. Dużo lepiej. Być możed najlepiej. Choć instynkt podpowiada mi, że najlepiej będzie w dwa zero jeden jeden.

I tym optymistycznym akcentem... wlazłem w Nowy Rok.

Da wstrieczi, jak to mówią.:)

02:25, mzungu1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 grudnia 2009

na zdj. gwiazda z Padanii, Fabien Vatolina, walczy o piłkę z nieznanym reprezentantem Tybetu

Sprawa tytułu rozstrzygnęła się błyskawicznie. Do 73. min. na Stadio Marcantonio Bentegodie w Weronie waleczny zespół Irackiego Kurdystanu w niczym nie ustępował samym mistrzom świata. Do tego na ich terenie! A potem nastąpiło 120 sekund, które wstąsnęło piłkarskim światem. Wpierw Andrea D’Alessandro, a chwilę później Andrea Casse. 2:0 i... Po zawodach. Zaprojektowany przez francuskiego rzeźbiarza Gerarda Pigaulta Puchar Nelsona Mandeli na kolejny rok zostaje w Padanii. Swoich idoli oklaskuje cztery tysiące fanatycznych tifosi. Fiesta przenosi się na ulice...

Wszystko to dzieje się 27 czerwca 2009. Dzień wcześniej jeszcze bardziej dramatyczny bój o trzecie miejsce toczą ze sobą Laponia i Prowansja. W regulaminowym czasie jest 4:4, o brązowym medalu decydują rzuty karne, które lepiej wykonują rodacy t.zw. Świętego Mikołaja (wiadomo przecież, że prawdziwy święty był z t.zw. Zachodniego Kurdystanu). Lapończycy wygrywają doświadczeniem, ograniem na wielkich imprezach. To oni jako pierwsi w geście triumfu mogli ucałować Puchar Mandeli. Finałowy mecz turnieju - z listopada 2006 - przeszedł do legendy lapońskiego futbolu. Do dziś koneserzy futbolu spod bieguna wspominają go jak, nie przymierzając, Polacy zwycięski remis na Wembley. Laponia rozbiła wówczas Monako 21:1!!!

Sceny z tamtego wspaniałego zwycięstwa do dziś nastrajają Lapończyków nostalgicznie. W długie zimowe wieczory, niczym Polacy Deynę, Latę (dawnego, młodego Latę) i Bońka, przy kieliszku Fin..., tfu, czegoś znacznie lepszego i mocniejszego od reżimowej Finlandii, oni rozpamiętują przewagi Lamoeya, zachwycają się dryblingami Nystroema i pbombami z dystansu Hoegliego, którzy to w pamiętnym roku 2006 podzielili się zaszczytnym tytułem króla strzelców mundialu. Od tego czasu grą swoich rodaków są rozczarowani. Co może nieco dziwić, bo z dwóch kolejnych turniejów mistrzowskich (2008, 2009) ich piłkarze przywieźli przecież brązowe medale. Co z tego, w kraju odebrano je jak porażkę.

Przekleństwem dumnych władców lodu jest nowa potęga w światowym futbolu, Padania. To Padańczycy dwukrotnie wyeliminowali ich z gry o złoto, przy czym tegoroczna porażka była wyjątkowo bolesna - 0:4.

Na szczęście okazaja do rewanżu już niebawem. Lltem 2010 na maltańską wyspę Gozo zjadą najmocniejsze teamy, zrzeszone w Nouvelle - Federation Board, by kolejny raz walczyć o VIVA World Cup, zwany też Pucharem Nelsona Mandeli. Jej założyciel Jean-Luc Kit już zapowiada ogromne emocje.

Niestety, nie wiadomo jeszcze które zespoły zobaczymy na Gozo. NF Board na różnych zasadach skupia 31 reprezentacji, wśród nich tak znamienite teamy jak: Zanzibar, Grenlandia, Tybet, Romowie, Zachodnia Papua, Gozo, Oksytania, Aramejczycy, Południowy Kamerun, Kiribati, Czeczenia, Iracki Kurdystan czy Monako. Łączy je głównie to, że nie chce ich skomercjalizowana i zbiurokratyzowana FIFA.

Na razie cicho o zakładach, jakie z pewnością przyjmą największe domy bukmacherskie świata. W kim upatrywać więc przyszłego mistrza? Faworyci są znani (patrz: wyżej). Ja jednak - po tym co, po aramejsku!, usłyszałem niedawno w syryjskiej Maalouli - czarnego konia turnieju upatrywałbym w Aramejczykach. Obym się nie przeliczył.




23:19, mzungu1
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 21 grudnia 2009

Zainspirowali mnie hakerzy z Iranu, którzy kilka dni temu zablokowali serwis twitter i zostawili tam takiej oto treści wywieszkę:

This site has been hacked by Iranian Cyber Army (iranian.cyber.army@gmail.com) U.S.A. Think They Controlling And Managing Internet By Their Access, But THey Don't, We Control And Manage Internet By Our Power, So Do Not Try To Stimulation Iranian Peoples To.... NOW WHICH COUNTRY IN EMBARGO LIST? IRAN? USA? WE PUSH THEM IN EMBARGO LIST. Take Care.

Z powodu paru błędów brzmi to nieco humorystycznie. Ale humorystyczne nie jest. O co chodziło ICA? Kim są ci ludzie? I dlaczego twitter?

Warto pamiętać, że kiedy pół roku temu w Teheranie zrobiło się gorąco po wyborach, twitter stał się istotnym narzędziem wojny informacyjnej, co oficjalnie potwierdził Departament Stanu USA. Opozycjoniści tą drogą komunikowali się ze światem, relacjonowali to, co się tam dzieje. Już wtedy władze blokowały im dostęp do tego medium i wyłapywały „nadgorliwców”. Zdarzały się też twitterowe prowokacje tajemniczych - zapewne - reżimowych blogerów.

Co może oznaczać atak Iranian Cyber Army - można się tylko domyślać. Być może jest to pokaz siły reżimu, ostrzeżenie dla tych wszystkich, którzy za pomocą twittera mieliby ochotę reżim obalić? Może... Nie mam ambicji, by wiedząc tak mało, wyrokować.

Zainspirowało mnie co innego. Atak ICA na komunikator to dowód na to, że epoka, o której jeszcze niedawno pisali scearzyści hollywoodzkich filmów science fiction, epoka „gwiezdnych” wojen informacyjnych jest już faktem. I wcale mnie to nie cieszy. Nie chodzi jedynie o wojny między państwami, sojuszami czy choćby władzy z opozycją, a wojny na każdym międzyludzkim froncie i polu. To, że szybka informacja stała się potężnym narzędziem jednocześnie fascynuje i przeraża. Niestety jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, w której PR czy wykreowany poprzez kanały w rodzaju komunikatorów społecznościowych wizerunek rzeczy, zjawiska, osoby staje się ważniejszy niż rzecz... itd. A że moc we szelakich twitterach czy fejsbukach jest wielka - nikt już chyba nie ma wątpliwości. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że światem rządzi armia otrzaskanych z najnowszymi technikami informacyjnymi specjalistów od PR, zimnych technokratów, którzy to wszystko, co znajdują na ogromnym internetowym śmietniku, wykorzystują przeciwko naiwnym, którzy w dobrej wierze ujawnili za dużo. I to już jest świat, którego zwyczajnie się boję.




15:22, mzungu1
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5